Bardzo trudno jest być świadkiem odchodzenia do wieczności bliskich nam osób, zwłaszcza osób, których Pan tak świetnie obdarzył charyzmatami do służenia ludziom. Dzieło, które było zamiarem Boga, a zawiązane i rozwinięte tak silnie w naszym mieście przez o. Kozłowskiego, zostało pozostawione przez naszego duszpasterza, by jego owoce były pielęgnowane i rozwijane przez nas - jego uczniów.
Pierwszy raz spotkałam o. Józefa Kozłowskiego na rekolekcjach w parafii Matki Bożej Królowej Polski w Bedoniu. Jest to moja parafia. Był to rok 1993 lub 1994. Te rekolekcje zrobiły na mnie dość mocne wrażenie, byłam wtedy na drodze poszukiwania "Chrystusa". Pamiętam stojący magnetofon i dających świadectwo ludzi, w tym także młodzież. Wówczas nie wiedziałam, czemu to ma służyć. Jedno ze świadectw pamiętam do dziś. Osoba mówiąca opowiadała, jak idąc sobie przez las spotkała Pana i jaka ją wtedy wypełniła radość. Dziwiłam się wtedy. Jak to spotkanie wyglądało? Czy może widziała Pana i Pan z nią rozmawiał? Ponieważ dusza moja bardzo pragnęła Boga, sam Pan prowadził mnie do źródła. O Mszach św. w intencji uzdrowienia słyszałam od znajomych i od mamy, aż postanowiłam się wybrać. Mógł to być rok 1998 lub początek 1999. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam, że Mszy św. przewodniczy Ojciec, którego tak długo szukałam. Zostałam uzdrowiona z depresji, stanu przedzawałowego oraz wielu innych zranień.
Do Odnowy w Duchu Świętym trafiłam około roku 2000. Przysłuchiwałam się modlitwom, konferencjom prowadzonym przez Ojca i zrozumiałam, że jest to miejsce, w którym chciałabym być.
Seminarium rozpoczęłam wiosną 2002, wtedy też odbyłam spowiedź u o. Kozłowskiego. Słowa, które padały podczas pojednania z Bogiem, były słowami samego Boga wypowiadanymi ustami ojca Józefa. Tak głęboko zakorzeniły się w mojej duszy, że są dla mnie drogą do Pana.
Rekolekcje pierwszego tygodnia Ćwiczeń ignacjańskich odbyłam w Wolborzu dzięki pomocy dobrych braci. Tam też poznałam siebie w prawdzie, wybaczyłam sobie i innym. Czułam głos: "Zostań na drugi tydzień". To zostało potwierdzone, kiedy zepsuł się nam samochód. Gdy wróciłyśmy na dziedziniec, ktoś powiedział: "Chyba tu ktoś powinien zostać". To ja to powiedziałam. Słyszałam głos Pana w sercu, ale nie zostałam. Przeszkodą były pieniądze, a nie chciałam nadużywać czyjejś dobroci. Dziś wiem, że zrobiłam źle. Dla takiej miłości nie ma przeszkód. Bardzo tego żałuję.
Choroba i śmierć Ojca dały mi do zrozumienia, że czas bardzo szybko ucieka i że dużo jeszcze mogłam skorzystać z jego wskazówek i rozeznawania. Niestety, zostawiałam to na później. Zrozumiałam, że otrzymałam wielki dar łaski: dar poznania, słuchania człowieka, przez którego mówił sam Pan. Dla mnie to chodzący Jezus. Tu też poznałam Jezusa, tu dokonało się moje zbawienie, tu wzrastam duchowo, uczę się żyć w prawdzie, kochać drugiego człowieka takim, jakim jest. Tu też poznałam, czym jest Eucharystia. Tu narodziłam się na nowo.
Wiem, jak wielkie znaczenie ma wspólnota i modlitwa wstawiennicza. Tu w kościele OO. Jezuitów odnalazłam się po raz drugi. Wyprostowałam swoje drogi z grzechu do wolności. Zmieniają się moje relacje w rodzinie. Budujemy dom na skale, a tą skałą jest Jezus.
Wiem, że nasz duszpasterz jest z nami, że wstawia się za nami u Pana, by żaden z jego uczniów nie pogubił się na ścieżkach swojego życia. Przyprowadza nam nowych braci, by dzieło, które zostało przez niego zawiązane, przynosiło wielkie owoce i wzrastało w Panu:. "Żniwo jest wielkie, a robotników mało"!
Chwała Panu za wszystko, co uczynił w moim życiu.

Grażyna.