O Mszach o uzdrowienie u jezuitów słyszałam od bywającej na nich mamy. Żyłam wówczas w związku niesakramentalnym  – po rozwodzie „cywilnym” wyszłam drugi raz za mąż – i dobrze mi się działo: finansowo, uczuciowo, zdrowotnie.  Także zawodowo, ponieważ realizowałam się ambicjonalnie, stając się osobą coraz bardziej publiczną.
Ale w pewnym momencie mojego życia nastąpił krach na całej linii. Musiałam zrezygnować z pracy (ze względu na późną i trudną ciążę oraz czas po niej) i zamienić ją na inną, nieatrakcyjną. Pojawiły się problemy rodzinne i, co gorsze, zdrowotne. Przez pół roku non stop byłam chora, wpadając z choroby w chorobę. Lekarze czuli się bezradni. Ja także, więc zwróciłam się do bioenergoterapeutów. Nie pomogli.

Na początku 2002 r. przyszły dwa skierowania do szpitala – jedno z nich na jodowanie tarczycy, ze względu na nawracającą od urodzenia dziecka, czyli od 6 lat, nadczynność tarczycy (ponoć bardzo niebezpieczną). Z niedoleczonym zapaleniem oskrzeli, podejrzeniem zapalenia mięśnia sercowego i dwoma skierowaniami szpitalnymi trafiłam na Mszę o uzdrowienie. I całą przepłakałam, pytając Boga, dlaczego to wszystko tak wygląda i który ze szpitali mam wybrać.
Po Mszy nogi same zaniosły mnie do zakrystii. Spotkałam tam księdza, który odprawiał tę Mszę – był to o. Kozłowski. Płacząc, poprosiłam o chwilę rozmowy. Zaproponował sobotę. Przyjechałam na to spotkanie, sądząc, że potrwa kilka minut. A zajęła ok. 4 godzin i przypominała spowiedź z całego życia! Pamiętam, że zapytałam Ojca: – Dlaczego to wszystko mnie spotkało? Przecież jestem porządnym człowiekiem. Będąc dzieckiem ofiarowałam się Maryi, którą bardzo kocham i która, czuję to przecież, wciąż mi pomaga.
Usłyszałam: – I Ona się o ciebie upomina!
Ojciec zapytał też, kiedy mam poddać się zabiegowi. A następnie, po bardzo długiej modlitwie nade mną – zasugerował, żeby się nie spieszyć.
Prosto od niego pojechałam do kolejnego lekarza. Tam nieoczekiwanie również usłyszałam, że może należałoby jeszcze poczekać. A wcześniej mnie ponaglano.
Moja tarczyca nie od razu została uzdrowiona. Ten proces trwał ponad rok, a zakończył się tuż po śmierci o. Józefa. To on wymodlił dla mnie uzdrowienie, a modlitwę dokończył już w niebie. Ojciec zmarł 29 maja, a ja od początku czerwca 2003 r. mam zdrową tarczycę i wiem, że to zasługa jego modlitwy.

A moje pierwsze spotkanie z Ojcem zaowocowało też chęcią wstąpienia do wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym i… „białym małżeństwem”. W trakcie procesu orzekania nieważności pierwszego związku i kościelnego usankcjonowania drugiego małżeństwa – poznałam i zakochałam się w Trójcy Świętej. Wiem, że to zasługa Maryi. To Ona przyprowadziła mnie do swojego Syna, bo wcześniej nie rozumiałam, nie czułam, a nawet bałam się Boga Ojca, Jezusa, krzyża. Wychowałam się przecież w rodzinie partyjnej, więc nie dane mi było chodzić na lekcje religii. Nawet do Pierwszej Komunii Świętej przystępowałam po kryjomu, na drugim końcu Polski. Moją edukację religijną stanowiły opowieści babuni, zakochanej w Maryi. Pod jej wpływem, podczas czytania „Potopu” – w wieku ok. 10 lat – ofiarowałam się Matce Najświętszej. Z babcią byłam też na Jasnej Górze. Kiedy z perspektywy czasu spoglądam teraz na swoje życie, zauważam, że to babcia poprowadziła mnie ku Maryi, a Maryja, poprzez ciąg kłopotów, zmartwień i chorób przywiodła mnie do o. Józefa, do Odnowy Charyzmatycznej, a ostatecznie do Jezusa.
Kiedy przypominam sobie słowa o. Józefa: „Oby z tych, których mi dałeś, nikt nie zginął” – myślę, że obejmują one i mnie. I że przed Ojcem wypowiedziała je, myśląc między innymi o mnie, właśnie Maryja.
Jola