Zbyt późno dowiedziałem się o śmierci o. Józefa, bo dopiero w sierpniu 2003, ale mieszkam w USA i jestem duchownym protestanckim (ministrem).
Wracam pamięcią do 1979 roku, gdy jako charyzmatyczny kaznodzieja Kościoła metodystycznego poszedłem do klasztoru oo. Jezuitów w Łodzi i poprosiłem przy furcie o Ojca Józefa. Wtedy każdy bał się każdego, podejrzewając się nawzajem o agenturę SB. Ojciec Józef wyszedł uśmiechnięty i kiedy się przedstawiłem, to przywitał się ze mną jak z najmilszym bratem. Znikły wszystkie uprzedzenia wyznaniowe i różnice dogmatyczne. Po wspólnej modlitwie byliśmy już braćmi w Jezusie, dzieląc się wspólnie radością w Duchu Świętym. Od tego czasu wiele razy byłem zapraszany na różne spotkania i kilkakrotnie usługiwałem Słowem Bożym w Łodzi i Piotrkowie Trybunalskim. To był cud, że dzięki o. Józefowi nie był on dla mnie „tym okropnym jezuitą” ani ja dla niego „okropnym heretykiem”. Byliśmy po prostu braćmi i mimo różnic dogmatycznych – łączyła nas wspólna miłość do Jezusa, rozniecona w sercach przez tego samego Ducha Świętego.
Po moim wyjeździe do USA nasz kontakt się urwał. Obecnie, jak wiem na podstawie Słowa Bożego, o. Józef nie potrzebuje już modlitwy: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie idzie na sąd, lecz ze śmierci przeszedł do życia (J 5,24). Ojciec Józef jest już u Pana Jezusa, swojego Zbawiciela, któremu wierzył i raduje się Jego społecznością wraz z dziećmi Bożymi zapieczętowanymi Duchem Świętym.

Brat w Jezusie,
Rev. Mieczysław Jeżewski,  minister
USA